Halo, Halo, tu Leon. A nie - przepraszam!!! Tu Zdzisław. Pragnę zameldować; że dziś o godz. 15.00 Leon został zdobyty Trzeci, duży bastion przed Santiago de Compostela. Po Pampelunie i Burgos przyszedł czas na Leon. Zadanie wykonane!!!
Kosztowało to pokonanie 547 km., ale cóż się nie robi, aby zapisać się w historii świata: ha, ha, ha. To zwycięstwo będzie zapisane w historii jak podboje Napoleona: ha, ha, ha!!!!
A zatem Leon to już historia, choć historia, która trwa , bo w Leon zostaje jeszcze na jutro. (chyba organizm potrzebuje tej przerwy, bo choć wszystko jest o.k., to jednak. Za mną już jest prawie 550 km. A jeszcze troche mnie czeka.). Trzeba myśleć rozsądnie!!! Zwłaszcza wtedy gdy jest dobrze łatwo jest przecholować. Więc tak jak planowałem na jutro zostaję w Leon. Tym bardziej, że jest to Leon. To nie byle co. Spojrzeć tylko na katedre- kolejne cudeńko. Dech zapiera!!!
Dalej już tylko Santiago. Ale to nie takie proste. Jeszcze trzeba będzie powalczyć. Więc trzeba nabrać sił.
Wczoraj w fajnej "dziurze" jaką jest Relogos, wieczorem sam obsługiwalem knajpkę, bo ponoć w poniedziałki nieczynna. To ją uruchomiłem. Przyłaczył się miły Portugalczyk, który na Camino idzie z Francji i ma już za sobą ponad 1000 km. Idzie z trzema chłopakami z Włoch których spotkał na Camino. Wczoraj przeszli 46 km. Szalenstwo!!!
Gadaliśmy, a ja sobie jadłem kolację. Siedzieliśmy chyba do 22.00. Do tej godziny bo o 22.00 zamykane są Albergue i gaszone swiatło. A wczoraj spałem na materacu na podłodze, bo nie było miejsc. Było lux, jak w dobrym hotelu. To jest CAMINO, a nie luksusowa wycieczka. Przyjmuje się to co jest i na nic się nie narzeka. Inne doświadczenie było dzisiaj- nie wiem czy powinienem o tym pisać. Dotarłem do celu - Leon. Znalazłem hostel i wszystko bylo super.Wyszedłem na miasto i nagle ni z tąd, ni z owąd, poczułem sie tak fatalnie, że myslałem, że odpłynę. Usiadłem przy stoliku w restauracji - na zewnątrz z widokiem na katedrę - i zrobiłem to co już kilka razy mnie uratowało z opresji. Może wielu się wyda to dziwne, ale mnie już kilka razy postawiło na nogi. Wypiłem dwie Coca cola. Po 10 minutach jakby reką odjął. Wszystko wrócilo do normy. Żaden inny napój na mnie nie działa w takich sytuacjach jak właśnie ten, który sam w sobie zdrowy nie jest. Chodzi pewnie o kofeinę, którą w sobie zawiera. Ano cóż, organizm działa bez zarzutu. Jest super, ale jakby nie było to już jest 550 km. Dla uspokojenia, wszystko jest o.k.
Ja znam siebie i wiem, że to nic czym należałoby się martwić. Jest O.K. Niech się nikt nie martwi.
Miałem jeszcze o słonecznikach, ale chyba jutro.
Ahoj. LEON zdobyte. Atakujemy Santiago. Buen Camino