Jestem w szoku!!! Nie mogę dojść do siebie. Ja jestem przysłowiowy "Wariat", ale żeby wymyśleć coś takiego. Do tej chwili nie pojmuję. Wczoraj przeszedłem 33 km. Dziś prawie 29 km. Z Portomarin do Palas de Rei. Dziś, dzień jak dzień. Szło się dobrze bez żadnych przygód. Słoneczko, nie upalnie, wiaterek. Warunki idealne. 3 kilometry przed dotarciem do celu postanowiłem coś zjeść w barze. Było już po 17.00, gdy wyruszyłem dalej. Uszedłem może z 5 minut, gdy nagle słyszę za sobą głos: "O Pan z Polski". Odwracam się lekko zaskoczony i co widzę. Kobietę ok. 35 lat. Usmiechnięta od ucha do ucha, uradowana, że spotkała Polaka. Myśle sobię no cóż, nic szczególnego. Przeczytała na plecaku naszywkę z polskim orłem, z napisem Polska i Camino, więc żadna filozofia skąd jestem. Kobieta, idąc z dużym wózkiem w którym było dziecko, wygladała na Polkę, która mieszka w Hiszpanii: na pewno w Palas de Rei do którego właśnie wchodziliśmy. I tu się zaczęło. Każde dalsze słowo naszej rozmowy wbijało mnie w coraz większe osłupienie. Czasem myslałem, że sobie ze mnie żartuje. Nie mieszka w Hiszpani, tylko w Hanowerze w Niemczech, do którego wyjechała z rodzicami do mając 4 lata. Ma męża Afgańczyka, trójkę dzieci. No to pytam: a co Pani tu robi? A Ona odpowiada, jak to co - idę na Camino. Jak to na Camino, z wózkiem, z dzieckiem??? No tak. Więc sobie myslę, pewnie jak wielu Hiszpanów idzie sobie, ze sto kilometrów przed Santiago - co i tak z wózkiem i dzieckiem byłoby wyczynem. A skąd Pani idzie??? A Ona odpowiada: z Saint Jean Pied de Port.
Słucham???- pytam.
Z Saint Jean Pied de Port - odpowiada zdecydowanie.
Chyba Pani żartuje - pytam się zatrzymując i patrząc na nią z niedowierzaniem. Jeszcze się w ogóle nie znamy, a robi sobie ze mnie kpiny. Dalsza rozmowa wprawia mnie tylko w osłupienie i niedowierzanie. Kobieta sama, z czteroletnim dzieckiem na wózku idzie ponad 800 kilometrów po takich górach, w takich warunkach. Do tego jeszcze - jak dodaje z 15 kilogramowym plecakiem ( rzeczy dziecka i Jej ) i namiot. Prawie że usiadłem ze zdumienia. Myslę sobie: nie, nie to nie może być prawda, to jakieś wolne żarty. Dalsza rozmowa tylko potwierdza słowa, które mówi Edyta - bo tak ma na imię. Wyruszyła z Saint Jean Pied de Port 14 sierpnia (czyli trzy dni przede mną) i idzie tą samą drogą co ja. Gdy to piszę jeszcze nie wierzę. Ciekaw jestem co powie Pan Andrzej z Ruśca, który był rowerem i wie co to jest. A tu sama kobieta, czteroletnie dziecko, wózek, plecak i namiot. I to wszystko dźwiga sama.Tak, tak Panie Andrzeju. Jestem pewny ze Pan już spadł z krzesła z wrażenia i niedowierzania. Dalsze jej opowieści sprawiły, że prawie zapadałem się pod ziemię, ze wstydu, gdy słysze, jakiego to ja dokonałem czynu pokonując taką drogę. Ludzie, wy nie wiecie o czym mówicie wobec tej kobiety.
Naprawdę wierzcie mi: NIE DOWIERZAM, NIE DOWIERZAM, bo wiem czym jest ta droga. Jeszcze jak mi mówila o przezyciach i przygodach z pod O Cebrerio, o przebitym kole na szczycie góry , o tym jak po nocy dochodziła do albergue. Nie, to się nie mogło wydarzyć. Piszę, i nie wierzę. I to wszystko co mówila, że w Niemczech teraz z powodu pandemi cieżko, że zamiast siedzieć bezczynnie w domu, chce podziękowac Panu Bogu za dzieci, za rodzinę, za wiele łask. I, że nie żałuje, że jest szczęśliwa, dziecko (synek) też w niebowziety. No książkę można napisac.
Pogadamy jeszcze wieczorem, bo jesteśmy w tej samej albergue. Ale powiem krótko, nie dałbym wiary jeszcze dziś do południa, że spotkam kogoś takiego, że są ludzie aż tak pozytywnie nakręceni. Jeszcze nie daję wiary. Chyba śnię.
Oj, Panie Boże, co Ty potrafisz zrobić z człowiekiem!!! Jestem malutki wobec tego co dziś mnie spotkało. A naprawdę po przejściu tej drogi wiem co mówię. I gdyby ta dziewczyna spytała się mnie o zdanie czy ma iść w tę drogę, odpowiedziałbym na pewno: Ty chyba jesteś wariatką, a raczej Ty na pewno jesteś WARIATKĄ.
Oh, Buen Camino