Buen Camino.
Zakończyłem wczoraj, że temat zamknięty. Bo zamknięty. Ale sobie tak myślę, już bardziej na spokojnie. Choć tylko przez chwilę byłem zdenerwowany, i za chwilę wrócił całkowity spokój. Zauważyłem to już wcześniej, w drodze. Camino uczy dystansu - do siebie, do ludzi, do rożnych sytuacji, które czasami wydają się bez wyjścia. Spokojnie, wyluzuj. Jest problem - Spokojnie, trzeba to rozwiązać. I tak było. Pół godziny potrzebowałem, aby skorygować zaistniałą sytuację i wszystko ułożyć od nowa, tak aby wszystko było dobrze. Tego uczy Camino, ale tego też uczy podróżowanie. Znajdujesz sie w obcym środowisku, wśród obcych ludzi i nagle wychodzi sytuacja, która Cię zaskakuje, której się nie spodziewałeś. I co ??? No nic. Trzeba te sytuacje rozwiązać. Bez paniki. Trzeba znaleźć sposób, aby to co w tej chwili jest niekorzystne, rozwiązać tak, aby było dobrze. Czasem jest to dość proste, czasem trudniejsze. Ale spokojnie, z głową i Bożą Pomocą wszystko jest do rozwiązania. To później przenosi sie na życie codzienne, które też nastręcza rożnych sytuacji, które nas zaskakują. I trzeba do nich podejść spokojnie i je rozwiązać. Wszystko jest do rozwiązania, wszystko!!! Tego nauczyło mnie życie, i tego uczy też Camino. Góry przyniesiesz, jeśli tylko będziesz wierzył. Znajdziesz rozwiązanie i to szybko - nawet jeśli przegapisz samolot, tylko spokojnie, zaufaj Panu Bogu i wierz w siebie.
Nota bene już kiedyś o tym pisałem w Kronice. Zawsze tak jest, kiedy przed przekroczeniem linii mety uzna się, że wyścig już jest zwycięsko zakończony.
Ha,Ha,Ha.
Lecę już z Porto do Frankfurtu. Ciekawostką niech będzie fakt, że wczoraj przybyłem do miejsca wejścia do samolotu 20 minut przed godzina odlotu i bramka była już zamknięta. Dziś do samolotu linii Lufthansa zaczęto wpuszczać 15 minut przed odlotem i samolot wystartował punktualnie. Ale nie ma co dyskutować.
Czy warto było? Takie postawiono mi pytanie. Myślę, że Kronika Pielgrzymowania jest najlepszą odpowiedzią na to
pytanie.
Myślę , że nie tylko dla Was, ale również i dla mnie Kronika odegrała bardzo istotną rolę w całości tej pielgrzymkowej wyprawy. Jest także dla mnie doskonałym zapisem tego co przeżywałem i doświadczyłem. Już teraz nie pamiętam co działo się w czwartym czy szóstym dniu. Zaglądam do Kroniki i natychmiast wszystko w głowie jest odtworzone na świeżo. Po powrocie uzupełnię i naniosę odpowiednie poprawki. Pewnie coś dodam, żeby nabrała bardziej profesjonalnego wygładu. Pewnie dodam też jeszcze trochę zdjęć, które uznam za ciekawe i warte przedstawienia (bo jak wcześniej kilka razy podkreślałem, wszystko było na gorąco i spontanicznie). Apropo zdjęć. Zrobiłem ich ponad 6 000 (sześć tysięcy). Gdybym je robił na dawnym aparacie z filmami, czy kliszami to licząc 36 zdjęć na jednym filmie to wyszło by prawie 170 filmów. Zajęłoby to pewnie pół plecaka albo i więcej. A tak to wszystko zmieściło się na jednym malutkim pendriverze. Niezwykła dokumentacja miejsc, ludzi, architektury, historii.
Dochodzą do mnie głosy i we mnie samym dojrzewa ta myśl, aby z tą kroniką coś zrobić, żeby tego tak nie zostawić. Chyba też tak myślę. Ale potrzebuję troszkę czasu na przemyślenie i uporządkowanie tego wszystkiego w sercu i głowie. Czas jest najlepszym doradca. Więc go posłucham.
Wracając do pytania: czy warto było? - powiem tak. Była to jedna z najlepszych decyzji jakie w życiu podjąłem odnośnie ciekawości świata, doświadczenia czegoś głębszego, duchowego i jednocześnie wielkiej przygody życia. Ten czas 45 dni z pewnością !!! należy do jednych z najpiękniejszych okresów mojego życia. Jestem obieżyświatem. Taka jest moja natura. Pasjonuje mnie świat, ludzie, przygoda. Nie interesuje mnie komfort, wygoda, wczasy. Im bardziej surowo, prawdziwie, naturalnie tym dla mnie lepiej. Nie lękam się wyzwań, tego co nieznane, obce, dalekie. Im bardziej trudne, tym bardziej pociągające. Dlatego trud pokonania pieszo, z plecakiem prawie 1200 km. ani mnie nie przerażał, ani znużył, ani nie zmęczył. Tak, tak nie czuję się zmęczony całym tym trudem. Choć było to nie lada wyzwanie.
Nie ukrywam, ogromny wpływ na to, że pragnienie tej pielgrzymki dojrzewało we mnie od kilku lat był film "Droga życia " i książka Andrzeja Kołaczkowskiego Bochenka, o prowokacyjnym tytule "Nie idź tam człowieku". Sam tytuł książki wywołał we mnie poruszenie. A dlaczego nie? A właśnie że pójdę. Autor książki po 50 latach życia w beztroskim ateizmie postanawia pójść najstarszym szlakiem pielgrzymkowym chrześcijańskiej europy. Co doświadczył i przeżył opisał. Powiem tak. Jeśli nie chcesz, aby Camino de Santiago stało się największym pragnieniem Twojego serca to nie czytaj tej książki, bo skończysz tak jak ja.
Mówi się o tzw. "caminozie" - uzależnieniu, które sprawia, że gdy raz tam pójdziesz, to będziesz tam wracał wielokrotnie. Mój "przyjaciel" Szwajcar (l. 78 ) szedł szósty raz. Irlandczyk (alkoholik) szósty raz, a ma znajomego, który był 12 razy. Jakieś wariactwo. Tak. Wariactwo " caminizy" - uzależnienia. Ta droga ma dziwną siłę, moc przyciągania. I choć mam wiele zastrzeżeń, negatywnych spostrzeżeń ze sposobu pielgrzymowania wielu dzisiejszych pielgrzymów i duchowego charakteru tego szlaku dziś, to jednak nie sądze abym tam nie wrócił - WOLA BOŻA.
I nie ma - przynajmniej ja nie słyszałem, żeby była druga taka droga na świecie.
Ale się rozpisałem. Jeszcze mógłbym długo, ale chyba na dziś to wystarczy.
Z Frankfurtskiego lotniska w oczekiwaniu na samolot do Warszawy, pozdrawiam wszystkich CAMINOWICZOW duchowo pielgrzymujących do Św. Jakuba za pośrednictwem Kroniki Pielgrzymowania.
Buen Camino.