No, dzisiejszy dzień zapowiadał się dobrze. Nie miało być żadnych problemów. I praktycznie nie było do ostatnich trzech kilometrów. Dzień miał być wymagający ze względu na długie ostre podejście na szczyt z którego trzeba było tez długo i ostro zjeść. Słońce już pali ostro. I nie było żadnych trudności do momentu kiedy wydawało się że jest już po wszystkim. I wtedy na prostym odcinku 3 km przyszło potworne osłabienie . Ze wzgledu na palące słońce popołudniowe takie osłabienie i wyczerpanie, że te trzy kilometry meczyłem okrutnie ponad 1,5 godziny. Kilkakrotnie odpoczywałem żeby nabrać sił. Problem polegał na tym, że nie było nigdzie cienia. Samo palące słońce. Na szczęście miałem zapas wody. To pokazało mi bardzo dobitnie, że tu nie ma zartów. Hiszpania to nie jest kraj do wędrowania z plecakiem. Na tym polega "szalenstwo" Camino. I na tym ma polegać ofiara jaką składamy św. Jakubowi. Tu nie ma mocnych. Tu wszystko jest darem łaski. Zamiast byc ok. 15.00 bylem dobrze po 17.00. Do tego - czego sie obawiałem nie było miejsc w Alberge. Jak to rozwiazałem może napiszę jutro. Znów św. Jakub. Buen Camino
Jutro trud pielgrzymi ofiaruję w intencji łódzkiej pielgrzymki, a w poniedzialek w intencji pielgrzymki kaszewickiej. Z Bogiem.